wtorek, 30 sierpnia 2016

2 MONTHS | KARWIA

"Najmniejszy drobiazg może zmienić życie. Coś wydarza się kiedy najmniej się tego spodziewasz i kieruje Cię ku przyszłości jakiej sobie nie wyobrażałeś. Dokąd? To podróż naszego życia. Poszukiwanie światła. Jednak czasem żeby znaleźć światło trzeba przejść przez największy mrok".

27 czerwca około godziny 22 skończyłam się pakować. Decyzja podjęta spontanicznie. Walizka spakowana. Jadę do pracy nad morze. Na drugi koniec Polski. Do końca nie wiedziałam co mnie czeka, ale z pozytywnym nastawieniem wsiadłam w autobus i po 9 godzinach byłam już na miejscu.


Praca 12 godzin dziennie. 7 dni w tygodniu. O tym wiedziałam, ale nie wiedziałam, że będę pracować na kuchni. Na początku byłam tym wszystkim przerażona. Przyznaję się, ale przecież do wszystkiego można się przyzwyczaić tak?

Dwa miesiące spania po kilka godzin, codziennie wstawałam pół żywa, zmęczona. Przychodziłam do pracy i mimo wszystko tanecznym krokiem rozpoczynaliśmy dzień. Codziennie to samo. Obieranie ziemniaków, przygotowywanie wszystkiego, odbieranie zamówień, robienie frytek, wydawanie.. Nie zliczę ile razy na tablicy pojawiało się zamówienie 1x16 frytki, które już czasem doprowadzały mnie do szału, haha. Ile razy Przemek groził mi, że zobaczę piec od pizzy od środka. Ile razy wylewała mi frytkownica i na kuchni mieliśmy akcje "gwiazdy tańczą na lodzie". Nie wierzę, że nie usłyszę już jak Kasia krzyczy "Zamówienie!!!" albo "Seba naleśnika masz!!!" o albo "Zupę lej!"  Nie zjem już naleśnika od serca, albo pizzy z groszkiem od Szkudiego.. Dni tygodnia nie miały znaczenia. Codziennie był poniedziałek, a ja już nigdy nie usłyszę "do poniedziałku". Już nigdy nie wyjdę na "budowę". 

W pewnym momencie chciałam zrezygnować, wyjechać, ale nie mogłam. Nie mogłabym tak po prostu wrócić do domu z myślą, że się poddałam, że nie dałam rady, że coś zaczęłam i nie skończyłam. Jak już tam przyjechałam wiedziałam, że muszę zamknąć temat.

Pojechałam tam nastawiona na pracę. Przyjechać, zarobić, wrócić do domu. Wyszło troszkę inaczej. Ale niczego nie żałuję, bo tak wspaniałych ludzi jak tam nie poznałam dotąd w moim życiu. Wróciłam do domu i nie wierzę, że to wszystko się już skończyło. Trudno jest mi teraz wrócić do normalnego życia. Tak jak pisałam w poprzednim poście coś się kończy coś zaczyna, rozdział "karwia" się już zamknął. Ale nigdy o nim nie zapomnę. Nie zapomnę o pracy, która dużo mnie nauczyła i o ludziach, z którymi przeżyłam wspaniałe chwile. Będzie mi tego brakować. Mam nadzieję mimo iż jesteśmy rozrzuceni po całej Polsce to kiedyś nasze drogi się spotkają, usiądziemy wspólnie na balkonie i wypijemy "lufę pytanie". Dziękuję.




Sprzątanie w meksykańskim stylu i tylko tanecznym krokiem!













9 komentarzy:

  1. Jeju kiedy czytałam Twój post to jak bym czytała o sobie. Za dwa miesiące kończy mi się staż i już kiedy czasami jestem w pracy przypomina mi się ta myśl. Czas tak szybko mija.. ale ludzie, których poznajemy zawsze zostaję! chociaż tyle.
    http://blogujzberta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem czy dałabym radę pracować po tyle godzin i 7 dni w tygodniu, ale każde doświadczenie czegoś nas uczy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że się nie poddałaś! Wstyd się przyznać, ale ja bym pewnie stchórzyła :) A Ty szłaś z podniesioną głową nawet mimo tej przelanej frytkownicy... Gratulacje! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. ooo super decyzja! też bym na pewno poddała się takiemu spontanicznemu wyjazdowi do pracy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jejku, nie wiem czy bym podołała szczerze mówiąć :o ale mimo wszystko cieszę się, ze bedziesz dobrze wspominac ten czas, w koncu ludzie byli wspaniali :D/Karolina

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobrze, że się nie poddałaś. :) Wakacje/praca nad morzem mają swój specyficzny klimat.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mega decyzja ;D
    Buziaki kochana!
    Zapraszam także do mnie :)
    http://loveshinny.pl

    OdpowiedzUsuń